czas pojęciem względnym.

wyobraź sobie następującą sytuację:
stoisz na przystanku, czekasz na tramwaj, a ludzi wcale. dochodzisz pod szkołę zadowolony, że się nie spóźniłeś, a tu się nagle okazuje, że brama jest zakmnięta.
pytanie: co tu może nie grać?
odpowiedź: źle przestawiłeś zegarek i jesteś od 6:30 pod szkołą.
party time.
zabawa w spiżu była przednia, nie naprułem się (sukces!).
jedyne, co mnie zdrzaźniło to 50 minut marznięcia i czekania na tramwaj na katowickim rynku, no ale.
a oto kilka zdjęć (więcej nie umieszczę, bo gnoję bardziej, niż na drugim):
i believe.
popijając wieczorną herbatę (tym razem zieloną-waniliową) i przekąsając ją co chwilę sokołowskimi kabanosami “dowiedziałem się”, iż pożyję jeszcze 37 lat z hakiem i umrę z powodu upadku, terroryzmu lub prądu, po śmierci będę szopem, a moje życie warte jest $47940. psychozabawy są fajne ( :
nic mi dziś nie wychodziło. ani szfabski (dostałem soczystą kapusię z odpowiedzi), ani parkowanie równoległe.
wracam do kabanosów, te mi wchodzą najlepiej.
give me more.
dziś drugi raz byłem na warsztatach w Żylecie (*powiało grozą*), tym razem na stratygrafii i synoptyce. Już wiem, że na tę uczelnię będę składał papiery i zrobię wszystko, by mnie przyjęli. ( :
zatem, do 30.11 odlicz!
let the fun begin!
właściwie, to nie wiem, co mnie podkusiło, by założyć sobie bloga, no ale niech będzie.
może się przydać.


